„You’re not special anymore”

Prestiżowe zwycięstwo z Manchesterem United było już 100. wygraną Chelsea pod wodzą Jose Mourinho. I choć menadżer The Blues – świadom zainteresowania mediów jego osobą – co kolejkę podsuwa nam nowe powody by o nim pisać, wydaje się, że to małe osiągnięcie jest doskonałym pretekstem, by poświęcić Portugalczykowi chwilę czasu.

Ulubiona przyśpiewka rywali londyńskiego zespołu ma w bieżącej kampanii znaczące odzwierciedlenie w rzeczywistości. Sam Mourinho podczas swojej pierwszej konferencji prasowej mówił, że nazwałby się raczej „szczęśliwym”, a nie „wyjątkowym”. Dzisiejszy wizerunek Mourinho Sam Portugalczyk zaznacza w wywiadzie dla London Evening Standard, że przestał gonić już za nowymi doświadczeniami, nie myśli o swoim następnym klubie, ponieważ takiego nie szuka. Pięćdziesięciolatek w swoich wypowiedziach jawi się nam jako mężczyzna ustatkowany, głowa rodziny, który swoje już przeżył i dziś na życie patrzy z innej perspektywy. w rozmowie z Simonem Johnsonem przyznaje on, że decyzję o przeprowadzce do Londynu podjął wrasz z 17-letnią córką, która chciała skorzystać z walorów angielskich wyższych uczelni i 14-letnim synem, który rozpoczął swoją karierę piłkarską w akademii stołecznego Fulham.

Mimo to, Portugalczyk nie stracił bynajmniej na swoich walorach, które inni nazwaliby raczej jego największymi wadami. Ci, którzy kwestionują klasę Mourinho zarzucają mu przede wszystkim, że na konferencjach po- i przedmeczowych mówi od rzeczy, wyzuty z wszelkiego wstydu. Gdy jego zespół ratował remis z West Bromem – po tym jak Ramires nabrał sędziego Andre Marrinera na swoje nurkowanie w polu karnym – Portugalczyk jak gdyby nigdy nic wypalił, że to Chelsea powinna zgłaszać swoje pretensje do pracy arbitra w tym spotkaniu, nie The Baggies. Przez kolejne miesiące – wbrew oburzeniu innych – menadżer upierał się, że w barwach The Blues nurków nie ma.

Jose Mourinho nie kieruje słów padających podczas konferencji prasowych ani do fanów Chelsea, ani do dziennikarzy, ani tym bardziej do kogokolwiek z obozu przeciwnika. Jak słusznie zauważył Patrick Barclay w książce „Jose Mourinho. Anatomia zwycięzcy”, każde z wypowiedzianych zdań, padających z ust menadżera stołecznej drużyny, ma tylko jednego adresata: jego podopiecznych. Często widzimy więc jak opiekun 3. drużyny Premier League stara się wśród zawodników ze Stamford Bridge wzbudzić poczucie wymierzonego w nich spisku, wytworzyć atmosferę osaczenia, jakby wszyscy byli przeciwko The Blues a ci musieli się jeszcze bardziej starać, by odegrać się zawistnemu światu.

Portugalczyk jednak zdaje się zauważająco mięknąć. W kilka godzin po swoim setnym zwycięstwie Premier League Jose Mourinho został wyróżniony nagrodą od brytyjskiego stowarzyszenia piszących o futbolu, którą przyznaje się osobom o szczególnym wkładzie w piłkę nożną. Podczas gali odbywającej się w Savoy Hotel, Portugalczyk wreszcie przyznał, że został przez Romana Abramowicza w 2007 zwolniony, jednocześnie wyrażając nadzieję, że obecna umowa z Chelsea będzie obowiązywała go dużo dłużej, niż 4 lata. Wyznanie Jose jest o tyle zaskakujące, że jeszcze podczas wspomnianej konferencji z okazji jego powrotu na Stamford Bridge, zarzekał się, że z zachodniego Londynu odszedł za porozumieniem stron.

Niedawna zmiana perspektywy i chęć stabilizacji odbijają się też na stylu gry jego zespołu. Obserwowanie jak The Blues poczynają sobie na boisku bywa częściej katorgą niż przyjemnością. Przez pół sezonu pożywką dla wszystkich niesympatyzujących z londyńskim klubem była impotencja napastników tego zespołu, fatalne występy jak te w Lidze Mistrzów przeciwko FC Basel czy jak ten sierpniowy przeciwko Manchesterem United, podczas którego kibice spragnieni spektakularnego widowiska ostentacyjnie ziewali.

„Syn marnotrawny” wracając do klubu, z którym święcił sukcesy między 2004 a 2007 rokiem, bynajmniej nie straci zmysłu taktycznego. Żadna inna drużyna nie zdobyła bowiem tylu punktów, tracąc jako pierwsza bramkę, co najczęściej było wynikiem roszad Portugalczyka znanego z przygotowania na każdy scenariusz spotkania. Nie bez przyczyny Chelsea nadal znajduje się w gronie bezpośrednich kandydatów do tytułu, tracąc do liderującego Arsenalu ledwie 2 punkty. Podczas gdy Manchester City zachwyca skutecznością, gromadząc już ponad 100 bramek w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach, a Arsenal efektownością płynnego stylu, Chelsea… jest jak Mourinho - efektywna do bólu. Mimo odpychającego stylu prze od zwycięstwa do zwycięstwa.

Jakub Żurawski

 
  • dodano: 22.01.2014 21:13
  • autor: Paweł Stolarczyk
  • Komentarzy ()
 
 

Partnerzy