Ulrich Hesse. Tor!

 Niemiecki futbol kojarzy się dziś z ofensywną, szybką grą. Wychowani w Niemczech zawodnicy są rozchwytywani przez najbogatsze kluby świata, a Bayern Monachium pretenduje do miana najlepszego z europejskiej śmietanki. Nam dodatkowo zachodni sąsiedzi kojarzą się z zaporą nie do przejścia w reprezentacyjnej piłce, przeciwnikiem od lat niepokonanym, którego już dawno powinniśmy byli posłać na deski, a który przysparza nas o kolejne kompleksy. Ulrich Hesse przekonuje jednak, że w starciu z jego rodakami nie mamy się czego wstydzić, bo piłkarze z polskich ziem mieli ogromny udział w budowie jednej z futbolowych potęg Europy.

  Zazwyczaj, gdy mówi się o początkach piłki nożnej w jakimś kraju, wspomina się o narodowej gorączce, która opanowała kolejną zafascynowaną nowym, ekscytującym sportem nację. Szczególnie dobrze taka historia sprzedaje się w kontekście tych krajów, gdzie futbol urósł do miana sportu narodowego. „Tor!” przeprowadza nas przez pisane zupełnie inną narracją karty historii. Sto lat temu piłka nożna zza Odry była sportem demonicznym. Nie brakowało głosów, że przywieziony z Anglii przez Walthera Bensemanna nowy sposób na spędzanie wolnego czasu to rzecz „wstrętna, absurdalna, brzydka i zboczona”, a samo kopnięcie piłki przyrównywano do wyrazu pogardy i nienawiści.

 Futbol w Niemczech był więc przypadkiem trudnym, często blokowanym przez nieprzychylne mu osoby. Ówcześni piłkarze musieli grać na polach, mecze przerywał przemarsz stada, a zapaleńcy mogli nazywać się szczęściarzami, jeśli mieli więcej niż jedną piłkę do dyspozycji. Najpopularniejszy dziś sport świata przeszedł za naszą zachodnią granicą drogę krętą i wyboistą. Musiał stoczyć walkę o popularność z innymi dziedzinami sportu – od uznawanej jako jedynej słusznej na początku wieku lekkiej atletyki po boom na tenis – czy nawet, a może przede wszystkim, z własnymi wadami.

 Jedną z najczęściej przypisywanych Niemcom cech jest ta wywodząca się ze słynnego powiedzenia „ordnung muss sein”. Ulrich Hesse w swojej książce przekonuje, że mimo iż staroświecki porządek w końcu uratował świat piłki w Niemczech, to jednak często zasada ta nie miała zastosowania. Autor nierzadko w przewrotny i ironiczny sposób obala mity, krytykuje swoich rodaków, bawiąc się stereotypami. Takie nietypowe podejście do tematu sprawia, że Hesse zyskuje na wiarygodności.

 Felietonista ESPN nie przywiązuje też większej wagi do chronologii, po czym doskonale daje po sobie poznać, że dziennikarstwo nie było dla niego nigdy tylko zawodem. Rozdziały przeplatają się między sobą na osi czasu, co może gubić tych czytelników, którym trudniej się skupić. Taki układ „Tora!” pokazuje jednak, że Hesse ma talent do wyboru, opisu i oceny wydarzeń istotnych i interesujących. Często w publikacjach o tematyce piłkarskiej spotkać się można ze zbyt długimi opisami niektórych wydarzeń, szczególnie meczów. W tej książce tego nie ma. Ba, po objętości jaką te zajmują, można nawet stwierdzić, że autor ceni swoją opinię o danym wydarzeniu wyżej, niż sam jego opis.

 Wielu – wliczając w to mnie samego – ma z historią taki problem, że bywa ona interesująca, tylko często jest w bardzo suchy, a co za tym idzie nudny sposób opisywana/opowiadana. Dlatego właśnie podtytuł „historia niemieckiej piłki nożnej” niósł ze sobą zagrożenie stworzenia (a dla czytelnika przeczytania) szkolnego kalendarium. Nic bardziej mylnego, w książce tego typu oczywiście pojawiają się daty – szczególnie dużo jest ich w rozdziale poświęconym nazwom klubów – ale jest ich możliwie jak najmniej. W tym aspekcie również objawia się wyżej wymieniony talent autora.

 Dużym atutem książki jest możliwość wykorzystania faktu, iż traktuje ona o jednym z najszybciej rozwijających się krajów pod względem technologii środków masowego przekazu i przy okazji opisu niektórych wydarzeń warto odsłuchać lub odtworzyć ich cyfrowy zapis. Można wręcz miejscami odnieść wrażenie, że Ulrich Hesse specjalnie taki akcent kładzie na atmosferę – na przykład w przypadku komentarza radiowego Zimmermanna z legendarnego finału Mundialu w 1954 roku – by skłonić czytelnika do żywego współodczuwania tamtych emocji.

 Mimo wielu plusów, dzieło Hessego pozostawiło we mnie pewien niedosyt. Angielski „The Guardian” reklamuje je jako „najbardziej zajmującą książkę historyczną jaką kiedykolwiek napisano”. Cóż… może Anglicy w błogiej nieświadomości po prostu czekają na angielskie wydanie „Wielkiego Widzewa”?

Obserwuj autora na Twitterze: @jzvrawski

 
  • dodano: 12.05.2014 21:22
  • autor: Jakub Żurawski
  • Komentarzy ()
 
 

Partnerzy