Blisko, coraz bliżej? Męczarnie Legii w Żilinie


Mozolnie, bez fajerwerków ale we właściwym kierunku. Legia wykonała kolejny krok do Sezamu zwanego fazą grupową Ligi Mistrzów. Tylko że wygrana z Trencinem to nie zasługa wysublimowanej gry a fantastycznej postawy golkipera Warszawian - Arkadiusza Malarza i jednego przebłysku Nemanji Nikolicia.

Co prawda do kolejnej fazy eliminacji został jeszcze mecz rewanżowy, ale wydaje się, że przeszkoda pod nazwą AS Trencin zostanie pokonana.

Mecz w Żilinie (tam mecze europejskich pucharów rozgrywa Mistrz Słowacji) nie był widowiskiem z tych, które pamięta się latami, ale toczony w dobrym tempie. Gospodarzom może nie pomagała mało emocjonująca się spotkaniem publika, ale za to murawa jak najbardziej - stadion w Żilinie wyposażony jest w bowiem w sztuczną nawierzchnię.

Legioniści liczyć mogli, że rywal jak w dwumeczu z Ljublaną - opadnie z sił po pierwszej połowie meczu, tylko by tak się stało, trzeba przeciwnika nieustannie nękać, stosować pressing - a tego drużyna Besnika Hasiego póki co, nie potrafi. Ataki warszawskiej drużyny były schematyczne i pozbawione tempa. Trenczynianie nie atakowali tak szaleńczo jak tydzień i dwa tygodnie temu, starając się lepiej szafować pokładami energii ale ich akcje wyglądały na bardziej przemyślane i Arkadiusz Malarz musiał stale uważać, kilkukrotnie ratując swoich kolegów przed stratą bramki, dwa razy dosłownie cudem.

W składzie Trencina znanych nazwisk brak (wychowanek Arsenalu i Ajaxu Amsterdam - James Lawrence - znał go ktoś?), ale drużyna Martina Svetela jest niezwykle dobrze poukładana i to było widać od początku meczu. Szybkie ataki zwłaszcza lewą stroną boiska siały spore zagrożenie - podobać się mógł Samuel Kalu. Mistrzowie Słowacji to drużyna bardzo zaawansowana technicznie i szybka - takich rywali w Polsce Legia za dużo nie ma i widać to było wyraźnie. Na niektóre akcje gospodarzy ręce same zabierały się do oklasków - gdyby padały jeszcze po nich bramki...

Warszawianie liczyli na swojego asa - Nikolicia ale prawda jest taka, że po kontuzji Guilherme środek pola Legii jest po prostu z Węgrem niezgrany - niewielka niedokładność kończyła się złym podaniem i stratą a gdy już Niko do piłki doszedł, pudłował fatalnie. Oba skrzydła Legii wyglądały na podcięte bo duet Brzyski - Kuczarczyk ani para Bereszyński - Aleksandrow nie do końca się rozumieli, przez co miało się wrażenie, że ich akcje to zacinąjący się film na słabym łączu internetowym. Dokładając do tego Moulina, który szybko dostosował się do realiów polskiej piłki klubowej, mamy obraz sparaliżowanej w ofensywie Legii. Oczywiście spora w tym zasługa rywala ale też własnej bezradności - brak chemii z trenerem, uważanym za protegowanego Michała Żewłakowa? Im dalej w las było Legii trudniej, a patrząc na mecze Trencina z Olimpiją, miało być  zupełnie inaczej... I gdy wydawało się, że nawet Malarz w końcu się pomyli... pomylili się gospodarze, pozwalając Kucharczykowi na podanie do Nikolicia, który z bliska już się nie pomylił.

Okazuje się, że chociaż Mistrz Polski jest po prostu nieprzygotowany do roli czarodzieja, który odzyska dla Polski magiczne rozgrywki to ma na razie całą  furę szczęścia, Także do arbitrów, bo wydaje się, że mylił się tylko w jedną stronę, nie dyktując np. jedenastki dla gospodarzy.

Najlepszy na boisku po stronie Mistrza Polski - niepodważalnie ten, któremu nie raz wypominano, że na Legię jest za słaby - Arkadiusz Malarz. Póki co we właściwym, bo obecnie w drużynie  z Warszawy jest jeden zawodnik na miarę Champions Legaue - i jest nim niestety (nie dla niego oczywiście) ... bramkarz.

Kadrowicze? Nikolić - nieskoncentrowany i co zauważyło kilka osób, kłócący się z Hasim. Ważne dla Legii, że nawet w tak marnej formie potrafi załadować rywalowi bramkę, a przecież rozliczany jest właśnie z tego. Pazdan kilkakrotnie "obciął się" we własnym polu karnym, nie pokazując nawet połowy tego, co pokazał we Francji. Jodłowiec - niewidoczny w ofensywie, czarnoskórzy piłkarze ze Słowacji sprawiali mu swoją zwrotnością i szybkością sporo problemów, z resztą nie tylko jemu, bo cały blok obronny był objeżdżany przez rywali.

Rewanż to formalność? Nie do końca, bo kiedyś szczęśćie może przestać sprzyjać a patrząc na grę Słowaków, w Warszawie mogą być skuteczniejsi a wtedy pozostanie tylko załamać ręce... Ale jeśli już Legia awansuje i wywalczy upragnioną Ligę Mistrzów - to o męczarniach z Żiliny nikt pamiętać nie będzie.

Kibicowsko fani Legii wypadli bardzo dobrze - wypełnili niemal cały sektor dla nich przeznaczony a na tle "młynka" rywali wspomaganego przez pozostałych kibiców z Trencina, dopingowali głośno i przez cały mecz. Co ciekawe, podobnie jak na meczu z Olimpiją Ljublana najzagorzalsi fani Trencina wywiesli flagę z tzw. "antifą". NIe wywołało to jednak żadnych emocji wśród gości.

 
  • dodano: 27.07.2016 22:29
  • autor: Paweł Stolarczyk
  • Komentarzy ()
 
 

Partnerzy