Finał Euro 2012 w... Dublinie

Mija już prawie tydzień od meczu reprezentacji Polski z Irlandią, ale nadal odczuwalny jest pewien niesmak związany z meczem w Dublinie. Pamiętamy, że takie mecze – choć towarzyskie – są pewnego rodzaju próbą generalną przed danymi dwumeczami eliminacyjnymi czy to do Mistrzostw Świata czy Europy. Tak się złożyło, że na Aviva Stadium stanęły naprzeciwko siebie dwie najsłabsze ekipy Euro 2012.

Oczywiście od Polski słabszy bilans miała Holandia, która nie zdobyła ani jednego punktu, ale bądźmy poważni. Nikt nie powie, że Holandia jest słabsza od Polski – jej wyniki owszem były spowodowane trudną do wytłumaczenia dyspozycją, ale też spójrzmy na przeciwników, którymi byli m.in. Niemcy i Portugalia. Natomiast właśnie Irlandczycy zdobyli również oszałamiającą ilość zera punktów, Polacy w najsłabszej grupie świata w historii poważnych turniejów, grając w roli gospodarza zremisowali dwa mecze i przegrali jeden. Grając ultradefensywnie nawet wtedy, gdy trzeba było wygrać.

I właśnie beznadziejna piłkarsko Irlandia (choć niesamowicie waleczna) zagrała z bezbarwną Polską, gdzie dla większości zawodników kadra to najwyraźniej przykry przymus, a nie zaszczyt.

Co oglądaliśmy na efektownym, albo raczej efekciarskim stadionie (na tak wyglądającym z zewnątrz stadionie, trybuna za bramką ma... kilka rzędów)? Od początku wydawało się, że... nie będzie źle. Co prawda Polacy nie atakowali jakoś z wielkim animuszem, ale gdzieś tam pod pole karne podchodzili i stworzyli sobie nawet kilka niezłych sytuacji, w tym sam na sam Lewandowskiego. W tym czasie Irlandia z gwiazdami pokroju Shane'a Longa (West Bromwich Albion) czy gasnącego z roku na rok Johna O'Shea (obecnie Sunderland, kiedyś gwiazda MU) praktycznie nie potrafiła przedostać się pod bramkę wracającego do kadry Artura Boruca. A jednak. Wystarczył jeden stały fragment gry, zamieszanie pod bramką, pajacyk Artura i nieudolne wybijanie piłki – Irlandia strzeliła bramkę na 1:0 wprawiając w euforię nielicznie przybyłych na stadion Irlandczyków (na trybunach dominowali Polacy). Niestety druga połowa była już raczej pokazem żenady w wykonaniu naszego teamu, a gospodarze trafili na 2:0 i takim wynikiem zakończył się mecz.

Żal było patrzeć na potykających się o własne nogi Arkadiusza Milika i kolegów. Raziła niedokładność, nasi zawodnicy nie potrafili zagrać na klepkę, piłka im bezustannie odskakiwała, gdy byli w polu karnym, nie potrafili odwrócić się z piłką czy sensownie odegrać do partnera i najczęściej następowała strata. Niepokojące były też częste próby zejścia na drugą nogę w momentach kiedy należało natychmiastowo dośrodkować, to świadczyło że nasi piłkarze po prostu są kompletnie jednonożni (druga noga potrzebna do wsiadania do Jaguarów czy ich tam innych bryk).

Osobne słowa należą się dwójce z Borussii Dortmund (trzeci Piszczek z powodu urazu nie grał, ale można to uogólnić i na niego, patrząc na inne mecze kadry). Już niemal ogólnonarodowa dyskusja panuje na temat, jak to jest, że w klubie grają pierwsze skrzypce, a w kadrze permanentnie zawodzą. Jednym z argumentów jest to, że w BVB mają inne – lepsze – otoczenie na boisku, lepszych partnerów. Argument z założenia jest bezpodstawny, patrząc na to, jak wiele akcji w klubie właśnie ta trójka rozgrywa między sobą, a padają po tym piękne bramki. Co szkodzi Piszczkowi na szybkości włączyć się na skrzydle? Co szkodzi Błaszczykowskiemu pójść na przebój? Wreszcie co szkodzi Lewandowskiemu wykazać się instynktem snajpera? Brak partnerów? Bzdura. Przyczyn zdecydowanie należy szukać po stronie mentalnej. Po prostu na chwilę obecną mecze towarzyskie reprezentacji są towarem niechcianym u naszych „gwiazd”. Aż się boję myśleć, że takie podejście mają w meczach eliminacyjnych, więc... na razie nie myślę. Liczę na nich z Ukrainą, ale jeśli znów zaraz po świetnym meczu w lidze odstawią padlinę z kadrze, to będę jechał po nich, jak należy. Nawet 10 bramek z San Marino wówczas nie pomoże.

A propos San Marino. To właśnie w tym meczu nie zagrał Artur Boruc w eliminacjach do MŚ 2010, który to pojedynek odbył się trzy dni po sławetnym spotkaniu z Irlandią Północną w Belfaście, w którym to Boruc puścił babola życia. Z drugą Irlandią powrócił do bramki i spisał się solidnie, choć de facto nie miał okazji do większej interwencji, a w sytuacji bramkowej chyba zrobił co mógł. Wydaje się, że z bramkarza Southampton jednak Polska będzie miała jeszcze pociechę – to chyba ciągle najlepszy polski bramkarz, jeśli zwoje mózgowe pracują w odpowiednim trybie. Wojciech Szczęsny sporo jeszcze się musi uczyć, bo mimo że gra już kilka lat, to popełnia czasem spore błędy. Dalej jest to jednak materiał na świetnego golkipera.

„Gwiazdką” w naszej reprezentacji jest też Ludovic Obraniak, który według Romana Koseckiego zagrał jak „panienka”. Niestety Ludo w kadrze też nie błyszczy, a od niego jako czołowego piłkarza Ligue 1 wymagamy niemal równie tyle co od tych z Borussii. Jak na razie wszyscy nie spełniają oczekiwań.

Wiadomo, że dla piłkarzy taki mecz towarzyski między meczami ligowymi niespecjalnie jest zachęcający. Ale to nie oznacza, że w ogóle nie ma być walki. Nie chodzi o batalię na noże, ale o walkę o korzystny rezultat. Dla emigrantów, którzy z całych wysp zjechali się do Dublina to miało być święto zakończone dobrym wynikiem. To jednak dla naszych reprezentantów nic nie znaczy. Jak zawiedli na Euro, tak zawiedli i teraz. Na dodatek początkowo nawet nie podziękowali kibicom za doping, dopiero po reprymendzie jednego coś tam poklaskali, ale tak na „odwal się”. Za wsparcie, które dostali po przerżniętych mistrzostwach powinni na kolanach dziękować kibicom.

Tę żenadę, którą odstawili w Dublinie będzie można wybaczyć pod jednym warunkiem. Wygrana z Ukrainą i dobra gra. Jeśli tak się stanie, to ten „mało ważny” mecz z Irlandią pójdzie w zapomnienie. Tylko czy można wierzyć w tę zbieraninę? Szczycą się korzystnymi remisami z Czarnogórą i Anglią oraz wygraną z Mołdawią. Owszem remis w Czarnogórze był bardzo cenny, ale już z Anglią spokojnie można było wygrać, bo rywal był kiepski. Wygrana z Mołdawią nastąpiła w katastrofalnym stylu. Co z tego, że Obraniak chwali się, że nie przegrali meczu? Remisami na Mundial się nie awansuje. Jako że wszyscy wygrają z San Marino, a z Mołdawią prawie wszyscy (choć nie lekceważmy ich w Kiszyniowie), to mecze bezpośrednie między Polską, Czarnogórą, Anglią i Ukrainą będą miały największe znaczenie. Wszystko przed Polską, ale taki mecz z Ukrainą trzeba wygrać, bo jak nie to gdzie – na Wembley?

Wierzmy, że coś się odmieni i ta kadra nagle zacznie grać na miarę oczekiwań. Mecze z Ukrainą i San Marino już w marcu. Oby zwycięskie. A o Irlandii najlepiej zapomnijmy... no może napijmy się Guinessa!


Shellu 

 
  • dodano: 12.02.2013 18:41
  • autor: Joanna Jeż
  • Komentarzy ()
 
 

Partnerzy