Polska - San Marino z perspektywy kibola

Wczoraj po długiej przerwie udało mi się wybrać na spotkanie Reprezentacji Polski w meczu „o punkty” do eliminacji do Mundialu w Brazylii. Rywal jaki był wiadomo, nikt nie traktuje go poważnie i każdy niemiłosiernie go ogrywa. O grze zostało napisane już wiele i nie chciałbym w tym tekście się nad tym dłużej rozwodzić.

Sięgając pamięcią byłem wcześniej na kilku meczach kadry granych u siebie i każdy z nich wyglądał zupełnie inaczej bez względu na jego rangę i przeciwnika. Nie będę ukrywał, że ostatnio na kadrze byłem na meczu towarzyskim z Wybrzeżem Kości Słoniowej w listopadzie 2010 roku. Przerażające dla mnie jest to jak w ciągu ledwie trochę ponad 2 lat trybuny na meczach reprezentacji się zmieniły. Pierwszym ciosem dla mnie, jako namiętnego kolekcjonera biletów był fakt, że mój bilet samemu mogłem sobie wydrukować na zwykłej kartce A4, przez co nie będzie pasował do moich bogatych zbiorów. Jako, że nie zrobiłem tego w domu dłuższą chwilę zajął mi sam druk biletu, zlitowała się dopiero pani w Galerii Handlowej na Saskiej Kępie. Chwilę przed zamknięciem Biura Podróży udało mi się wydrukować bilet. Bardzo miła pracowniczka pogadała ze mną o wakacyjnych ofertach i życzyła udanej zabawy. Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem co czeka mnie tego dnia na trybunach.
Szybko udałem się pod stadion i właściwie bez problemu
znalazłem się na Stadionie Narodowym. Stadionie, który jest chyba jedyną łyżką miodu w tym pełnym dziegciu opisie tego, co udało mi się zaobserwować wczoraj. Narodowy jest spełnieniem moich dziecięcych marzeń, kiedy byłem mając 5 lat pojawiłem się na trybunach VFB Stuttgart i marzyłem o tym, by w Polsce zbudowana choć taką arenę piłkarskich zmagań. Funkcjonalny, ładny i przede wszystkim typowo piłkarski stadion bije oczywiście ówczesny (teraźniejszy zresztą też) odpowiednik w Stuttgarcie. Mój początkowy zachwyt jednak bardzo szybko opadł, kiedy zobaczyłem w jakim towarzystwie przyjdzie mi oglądać spotkanie z San Marino. Duża część ludzi chyba nie do końca wiedziała po co znalazła się na tym spotkaniu. Mnóstwo nawalonych buców, wszędobylska policja jakby na meczu z San Marino miały dziać się dantejskie sceny. Ogromna ilość stewardów, którzy oprócz bezsensownego marznięcia i pobrania pensji po zakończeniu spotkania byli potrzebni tylko by upominać niewielu tych, którzy stali na tym spotkaniu, by usiedli na swoich miejscach. Doping na kadrze to też już dawno zapomniany temat, a informacje jakie do mnie dotarły po meczu z Ukrainą potwierdziły tylko to, że mecze polskiej kadry są imprezą, która raczej przypomina cyrk niż mecz piłkarski.

Otóż na facebooku można było znaleźć wykaz piosenek, które będą śpiewane podczas meczu w odpowiednich minutach. Zawsze wydawało mi się, że doping to coś spontanicznego i wydarzenia na boisku powinny być jego składową częścią. Może nowoczesny doping ze ściągawkami na facebooku to już niedługo będzie jakiś nowy wymóg na stadionach? Jeśli tak, to ja wysiadam. Wracając jednak do meczu z sympatycznymi amatorami z San Marino to już sposób odśpiewania hymnu przez ludzi, którzy przyszli na mecz głównie zjeść kiełbasę i wyszydzić (jak się później okazało) polskich piłkarzy mocno mnie odrzucił. Hymn został odśpiewany w podobny
sposób jak zagrała wczoraj nasza reprezentacja, bez przekonania, zawziętości i tzw. zęba. Później był już totalny brak organizacji, każdy z sektorów śpiewał zupełnie inne przyśpiewki. W jednym czasie pół stadionu gwizdało na grę naszej reprezentacji, a druga część zachęcała wszystkich do meksykańskiej fali. Takim chaosem raczyli mnie współtowarzysze wczorajszej męki na trybunach aż do ostatniego gwizdka sędziego. Co szczególnie rzuciło mi się w oczy, to autentyczna owacja po informacji spikera, że żółtą kartkę otrzymał Kamil Glik. W końcówce meczu większość stadionu zdobyła się na to, by śpiewać „San Marino” dużo chętniej niż wspierać naszych zawodników. W samej końcówce od wejścia Wasilewskiego był to jeden wielki festiwal gwizdów przerwany… radością po bramce Koseckiego.

Prawdę mówiąc, kiedy arbiter spotkania odgwizadał koniec spotkania odczułem ulgę, że to już się skończyło. Chcąc podsumować ten mecz i wyciągnąć wnioski na przyszłość należałoby się bardzo mocno rozpisać. Mam jednak nadzieję, że prezes Boniek pójdzie po rozum do głowy i już 6 września na meczu z Czarnogórą część biletów za jedną z bramek zostanie oddana do dyspozycji OZSK, która rozdzieli bilety między ludzi, którzy będą wiedzieli jak dopingować nasz narodowy zespół bez względu na wynik. Jeśli tak się nie stanie opis każdego kolejnego spotkania będzie wyglądał podobnie, a Stadion Narodowy będzie można przemianować na Cyrk Narodowy.

Adrian B.

 
  • dodano: 27.03.2013 13:58
  • autor: Adrian B.
  • Komentarzy ()
 
 

Partnerzy